Ezechiel: Zwierz miał sen.
Jędrzej: O czym?
Ezechiel: O gołej babie.
Jędrzej: A to ci niespodzianka.
Ezechiel: A no owszem, siurpryza była, zważ, spora, bo choć naga i jędrna, to nie na pokuszenie, ale do frasunku Maćka przywiodła.
Jędrzej: Że niby jak?
Ezechiel: Zdjęła, co i jak trzeba, nie za szybko, nie za wolno, ot tak żeby można było obejrzeć każdy wdzięk z osobna i wszystkie naraz w całej krasie, a bez zbytecznego wysiłku...
Jędrzej: Krasawica?
Ezechiel: A jak. O mało dęba nie stanąłem, choć mi nie wypada. Za to ta fujara, co ma to w psim obowiązku, rzuciła tylko okiem, westchnęła ciężko i usiadłszy na polnym kamieniu spuściła głowę i zafrasowała się na amen.
Jędrzej: Jezu Nazareński, ale srom. To nam może zrujnować reputację i poważanie w całym powiecie do najbliższych żniw...
Ezechiel: Spokojnie, to tylko sen.
Jędrzej: Sen, sen. Nie wiesz, ilu obkurwieńców czeka na potknięcie lidera? Nawet we śnie? Gdy się tylko zwiedzą, będą jątrzyć, mącić i oczerniać, aż koniec końców znów nam pozostaną wyłącznie przydrożne dziuple. Chcesz znowu obijać się o sęki i być podgryzanym przez wiewiórki?
Ezechiel: Oczywiście, że nie. Ale spokojnie, przecież nikt się nie dowie.
Jędrzej: O święta naiwności!
Ezechiel: No właśnie. Bo widzisz, to że usiadł i zafrasował się, to jeszcze nie koniec.
Jędrzej: Nieeee?
Ezechiel: Nie. Sen miał swój ciąg dalszy. Imaginuj sobie to tak. On siedzi i się frasuje, a ona stoi i popatruje na niego tyle zdziwiona, co urażona. Mijają lata...
Jędrzej: ?
Ezechiel: Ano lata. Wiosny, jesienie, zimy. Ze dwa razy i przedwiośnie się zdarzyło, a raz to nawet i przednówek. I trwałoby to tak pewnie dalej, gdyby nie to, że Maciek pokrył się kwieciem.
Jędrzej: Czym?
Ezechiel: Białym kwieciem. Drobnymi kwiatuszkami od głowy aż po nasadę. A do tego, zważ, począł wonieć bzem.
Jędrzej: Zważyłem. Channel numer 5 jak nic. To już wiem, jaki był koniec tego snu. Owo nagie dziewczę zapragnęło zapewne również tak pachnieć i się spryskało Maćkiem?
Ezechiel: Zgoła nie.
Jędrzej: Nie? Więc co?
Ezechiel: Popatrzyło na rozkwitłego Maćka i ujrzało go w zupełnie innym świetle. W czym niezawodnie pomógł jej snop światła, który zaczął na niego właśnie w tej chwili padać z nieba.
Jędrzej: Padła na kolana?
Ezechiel: A jakże. Uniosła ręce do góry i zaintonowała „W cieniu zakwitającego Maćka pasą się moje stada”
Jędrzej: ?
Ezechiel: Nie wiem. Widać taka jej licentia poetica.
Jędrzej: A Maciek co na to?
Ezechiel: Niewiele. Frasował i kwitł sobie dalej w najlepsze.
Jędrzej: To koniec?
Ezechiel: Tak. Na tym sen się skończył.
Jędrzej: A Zwierz obudził się z krzykiem?
Ezechiel: Nie, czemu? Przeciągnął się, podrapał Cię za uchem, a mnie pod brodą, i uznawszy, że cały ten sen to znak niezawodny postanowił ufundować...
Jędrzej: Klasztor pod wezwaniem Maćka Frasobliwego?
Ezechiel: Nie. Zamtuz „Pod zafrasowanym kutasem”.
Ezechiel: Jasna dupa, Jędrzeju, wielokrotny!
Jędrzej: Dżizus, kurwa, ja pierdolę, znowu ten wał na górze będzie się awanturował, że nic nie robimy, tylko się obijamy.
Ezechiel: A niby co mamy robić? Antyfony śpiewać? Kantyczki układać? Wzlecieć do nieba i zaglądnąwszy z pewną taką nieśmiałością Najświętszej Panience pod sukienkę, począć rozmyślać nad głębią kobiecego żywota?
Jędrzej: O dupie mówisz?
Ezechiel: Nie, o Marynie.
Jędrzej: Nie pojmuję.
Ezechiel: Bożeś niezbyt lotny. Ale nie przejmuj się, da się to wytłumaczyć urazami odniesionymi w dzieciństwie.
Jędrzej: Ejże, od oseska jesteśmy obijani po równo, więc moje urazy są twoimi. I vice versa.
Ezechiel: Nie o obijanie tu idzie, bo zwykła to rzecz i taki nas kurewski los, lecz o znacznie mroczniejszą sprawę.
Jędrzej: Niby o jaką?
Ezechiel: Było letnie popołudnie, ptaszki wesoło śpiewały, łany się kłoniły pod muśnięciem delikatnego zefiru …
Jędrzej: Aaa, znam to. Później będzie niezgrabna krowa i Kaśka, co chciała zrobić loda Zwierzowi, ale nie trafiła i przez dwie niedziele chodziła z limem koło oka. Swoją drogą nigdy nie wiedziałem, jaką funkcję w tej całej opowieści pełni krowa?
Ezechiel: Nie wiem, może gdzie krowa, tam i loda nie będzie? Zresztą mniejsza o to, bo jedyny uraz, jaki wtedy powstał, zaleczył się już lata temu.
Jędrzej: Akurat. W zeszłą niedzielę Zwierz widział ją w kościele i znowu miała limo.
Ezechiel: Cóż, niektórzy uczą się całe życie... Ale co nas to wszystko obchodzi? Niech jej chuj lekki będzie, a ty mi więcej nie przerywaj, jeśli chcesz się dowiedzieć, skąd ci się tas nie-lotność wzięła.
Jędrzej: Dobrze, już dobrze, będę milczał.
Ezechiel: … a małemu Zwierzowi zachciało się siusiu. Wybiegł więc na pole albo, jak mówią w innych częściach kraju, na podwórko i począł się rozglądać za najbardziej odpowiednim miejscem. Pod płotem zdało się być, jak ulał.
Jędrzej: To ten sam, w którym zaklinował sobie razu pewnego Jadźkę i...
Ezechiel: Tenże. Ech, najlepszy tyłek w całej wsi, a może i powiecie. Nie ma już takich na świecie. W każdym razie podszedł Zwierz do płota, ściągnął spodenki, wyciągnął Maćka i...
Jędrzej: I co? I co?
Ezechiel: I zauważył, że ona patrzy.
Jędrzej: Wiem, wiem, teraz już wszystko sobie przypominam. Południca, straszliwy babski demon o żelaznych szczękach, czyhający na męskie jądra! O laboga, stąd to wszystko.
Ezechiel: Kura, zasadniczo.
Jędrzej: Jaka znowu kura?
Ezechiel: Kura, a nie Południca. I chuja tam pamiętasz, bo ja cię dziobnęła, to przez trzy niedziele plackiem leżałeś bez ducha. Tak na marginesie, to właśnie wtedy zaczęli nas przezywać Jacek i Placek.
Jędrzej: Zwykła kura? Najzwyklejsza na świecie? Taki nielot pospolity? Aaaa.... Ale z ciebie debil.
Jędrzej i Ezechiel
Uplągł się z
pyłu i mroku. I zstąpił na ziemię… To znaczy na Zwierza. Kto wie dlaczego, skoro nawet święty mąż o
jego monstrualnym plemieniu pisze tylko tyle: „(…) jeśli ogólnie weźmiemy
wszelkie dziwy i potwory, to te przecież i były, i będą, czyli że nie jest to
czymś niebywałym i nowym pod słońcem, jeśli się potwór jaki uplęże.”.
A imię jego
Maciek. Drugie zaś Gustaw. Zwierzowicz. Istny smok przedwieczny. Na sześć
metrów piętnaście centymetrów długi, a gruby, że siedmiu chłopa ledwo go obejmie,
a i to tylko, gdy nie jest podekscytowany. U nasady – obrośnięty, Białowieża
istna, tylko żubrów wyglądać. Łeb –
wielgachny a sprośny jak cholera… Wszędzie go wetknie i obróci ze trzy razy, a
później jeszcze raz, tylko gdzie indziej,
i nawet nie posmaruje. Monstrum. Prawdziwe monstrum.
Dużo by tutaj
mówić o jego kurwich uczynkach, ale że to broszura dla cnych panienek
uczyniona, by nie uchybić, by o palpitację serca nie przyprawić, a jeno pouczyć
i ostrzec, tylko kilka wspomnę.
Swą plugawą
działalność rozpoczął na kielecczyźnie od przydrożnej dziupli, którą
wykorzystał niecnie trzy razy wraz z wiewiórką. Do dziś biedactwo nie może
sobie przypomnieć, gdzie schowała orzeszki. A później w tym samym lesie nastraszył
córkę bartnika. Ale tylko takim „uuuuuu”, bo był ekstraordynaryjnie zmęczony. I
nie dziwne - trakt do Kielc wiedzie długi, a dziupli przy nim co niemiara.
Ale to jeszcze
nic. Rozpasawszy się nad wyraz, zażądał pod komendą policji w rzeczonym mieście
królewny oraz pół królestwa. I choć po
długich pertraktacjach zgodził się ostatecznie na Zośkę-pomywaczkę oraz
dwadzieścia złotych, to i tak niesmak pozostał, a princessa do dzisiaj męża nie
może znaleźć.
Ale to jeszcze
nic. Położywszy krzyżyk na Kielcach, zbójować zaczął. Na Orawie. Perepeczko
kazał się nazywać, a która nie nazwała, to ciupagą między nogi – i dla
biednych. W końcu go złapali. I pewnie gdyby miał żebro, to by na nim zadyndał,
ale że nie miał, a poza tym znalazła się głupia, która mu zarzuciła białą
chustkę na głowę, to sprawiedliwość wymierzyć mu nie na szafocie, ale przed
ołtarzem postanowiono. A skutek tego taki, iż po dziś dzień biedne dziewczę
szuka z rozwianym welonem owego psubrata jak, nie przymierzając, opisana wyżej
wiewiórka swoich orzeszków.
Strzeżcie się
zatem cne panny, strzeżcie, nie znacie bowiem dnia i godziny, gdy owo monstrum
zapuka do waszych wrót. I nie dość, że
zapuka, ale jeszcze zechce wejść. Jak nie drzwiami, to oknem. Dobrze więc je
zamykajcie. I módlcie się. I nie oliwcie. Bo, zaprawdę powiada wam, niejedna
już chwaliła orgazm przed wytryskiem, a później piekło.
Skryba
„Takie będą Rzeczypospolite, jakie Maćków chowanie”. Chciał sobie na mnie taki slogan wydziergać. Naprawdę. Że niby każda jest łatwiejsza, gdy stanie przed nią głębsza idea. Odstąpił, bo doszedł do wniosku, że nie ma zamiaru ograniczać się do Lechistanu. Coś tam teraz przebąkuje o „Love me tender” i wypłynięciu na szerokie wody.
Ba, lepsze to jednak niż obrzezanie. Jak bieda przycisnęła, to za kilo zwyczajnej gotów był przejść na wyznanie mojżeszowe. Niby go ten Judejczyk na manowce zwiódł i tam niecnie o mało co nie wykorzystał. A czy to, powiadam, wina rabbiego Majmonidesa, że chcąc swą trzódkę w Donatowej Woli powiększyć obiecał każdemu kilo kiełbasy za konwersje? Ani trochę. Tym bardziej, że nic z tego nie wyszło, bo chętnych było wielu, a kiełbasy tylko trzy i pół kilo.
No cóż, każdy ma swój krzyż, a ja Zwierza. Swoją drogą, odkąd Nieznalska ukrzyżowała Wacka, to wcale mi nie jest do śmiechu przy takich porównaniach. Na samo wspomnienie dreszcz mnie przechodzi. Wierzgał, krzyczał, ba, nawet stawał, ale gdzie tam, nic nie pomogło. Wzięła, przybiła i wystawiła z tabliczką „Pasja”. A on nawet nie był specjalnie religijny, nie wspominając o tym, że raz nasikał do chrzcielnicy, bo kościelnemu było bliżej do niej niż pod dzwonnice.
Może więc ten Zwierz nie jest taki zły? A dupa, zły czy nie, obiecał, że pomoże mi znaleźć dla słodkiej Izabel żabę w grochy. No i co? No i nic. Zaciął się na tej „Bitwie pod Kircholmem” i od pół roku nie może ruszyć. Nie wiem co się dzieje, ale czuję, że jest źle. Może nie powinienem tego mówić, bo fanki jak nic zaczną się targać, ale obawiam się, że to impotencja.
Maciek
Masz rację
Skrybo. Ognisko bez opowieści, to jak dupa bez pośladków. Przeto… Co tam
mruczysz? Sam rowek to jeszcze nie dupa. Czemu, czemu. Bo jak by tylko rowki
były, to żaden chłop by nie odróżnił tyłu baby od jej przodu. I jak nic wielkie
zgorszenie by z tego wynikło. Zaprawdę powiadam ci, Bóg tworząc dupę, jaką
jest, dobrze to sobie przemyślał.
Opowieść, cóż
zatem… Było to niewiele po tym jak dostaliśmy się z Maćkiem pod komendę imć pana
Jana Piotra Sapiehy, rotmistrza husarskiego, wielce zasłużonego dla
Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. A był to człek, któremu nie zawadzało chamskie
pochodzenie tego czy innego, byleby kopię miał długą a krzepką. Bez kozery,
powiadam ci gryzipiórku, wystarczyło, że
raz zerknął na Maćka, a już szliśmy koń w koń w poczcie wraz z innymi usarzami.
Szliśmy, i
szliśmy, aż w końcu dojechaliśmy. Pod Kircholm. Jedenaście tysięcy Szwedek
przed nami stanęło. Cały kwiat północy wliczając w to jedenaście harmat. Czemu
i je do kwiatów zaliczam? Abo imć hetman polny litewski Jan Karol Chodkiewicz w
mowie przed bitwą rzekł, że dla husarza każda rura za jedno, byleby mógł kopię
w nią wetknąć. Dlatego.
Że co? Po co ta
bitwa? Jak to po co? Waza rzekł, że luterskiego kurestwa i psucia chłopa w
Kurlandii nie zniesie, wiec nas wysłał, a my dojechaliśmy. Głupiś. To nie wiesz
co te protestanckie nierządnice z chłopem wyczyniały?
Opowiedzieć się
tego zberezeństwa nie da ni opisać. Ruja i porubstwo w czystej postaci. A choćby taka Henryka Brandt, lesbijka zawołana,
a do tego sodomitka. Niejeden liwoński
chłop na jej rozkaz rozciągany był na bronie przez dwie, a nieraz i trzy,
rajtarki. I męczony wymyślnie przez
kilka godzin na przyrodzeniu, języku i palcu. Po czymś takim biedny cham zwykle takiego
pomieszania zmysłów dostawał, iż nie chciał iść w pole orać, tylko ciągle o
dupczeniu myślał. Tfu, luterska zaraza, kurwa jej mać…
Widzisz więc, że
Rzeczypospolita była w wielkim niebezpieczeństwie. Dlatego stanęliśmy pod
Kircholmem. Z daleka, rzekłbyś: bór ciemny, co prosto z pola wyrasta, groźna
ławica żelaznych mężów, koni i Maćków. I
co? No jak to, Skrybo, „Potopu” nie oglądałeś? Szarża. Przelecieliśmy je od
przodu z trzy razy, po husarsku czy tam
po bożemu. I na parę lat wybiliśmy im Rzeczypospolitą i luterstwo z dup.
Zwierz